Polecamy
Banner
Banner
Banner
Content View Hits : 952503
Nef-Ra Inicjacja w amazońskiej dżungli - Cześć III

Inicjacja w amazońskiej dżungli - Cześć III

W powietrzu unosi się zapach palących się ziói. Z zewnątrz słychać odgłosy przyrody: rechot żab, śpiew ptaków, szum owadów. Wszystko to sprawia, że atmosfera staje się specyficzna. Czuję, iż jestem częścią całości. Peruwiańskiego lasu, amazońskiej puszczy... Do ceremonii szamańskiej trzeba się przygotować. Nie wolno jeść potraw mięsnych, soli, cukru. Ścisła dieta. Ostatni posiłek powinien mieć miejsce nie później, niż na sześć godzin przed ceremonią. Szaman Ferrando Rodriguez, który dzisiaj prowadzi naszą podróż w Nieznane, przygotował napój na oczyszczenie ciała i duszy.Cos mowi do naczynia w ktoryn znajduje sie eliksir. Obrabia go energetycznie. Slysze jak szepcze, gwizdze i odmawia sobie tylko znane modly. wreszcie szaman nalewa ok. 25 gramów ciemnego napoju do małego, drewnianego naczynia. Pomocnik szamana donosi wywar uczestnikom ceremonii. Pierwszy pije Wiktor. Po nim -Piotr. Chyba napój nie jest zbyt smaczny. Widać to po ich minach. Asystent zatrzymuje się przede mną. Podaje mi naczynie. Biorę je w dłonie. Podnoszę do ust... Nagle, słyszę ostry głos Fernando. Szaman szybko podchodzi do mnie. Patrzy mi uważnie w oczy. Potem bierze z moich rąk szklaneczkę z nietkniętym napojem. Ayahuasca. Napój bogów. Podaje asystentowi. Mówi do niego coś szybko po hiszpańsku. Następnie kładzie mi obie dłonie na ramionach. -Ty będziesz miał specjalną ceremonię, bo już dawno minąłeś początek tej drogi - mówi wolno, z zagadkowym uśmiechem. -A teraz, pomóż mi poprowadzić ich wszystkich. Oni dopiero muszą przejść przez pierwsze drzwi. Nie miejsce na popisy, ale przyznam, że pochlebiły mi słowa mistrza. Z drugiej strony ciekawy jestem, jak przebiega taka podróż w Nieznane. Wygląda na to, że dziś będę się jej przyglądał jako asystent szamana. Tylko co dokładnie mam robić? Fernando wyjaśnia szeptem: trzeba przy tych ludziach czuwać energetycznie. Podróżują przecież w Nieznane. W różny sposób. Niektórzy beztrosko, z uśmiechem. Inni - ciekawi. Jeszcze inni - nieco wystraszeni. Czasem przydaje się pomocna dłoń. Dosłownie. Albo obecność drugiego, życzliwego człowieka, który jest przewodnikiem. Który po prostu samą swoją obecnością uspokaja. Dopiero potem zrozumiem, jak duże wyróżnienie mnie spotkało. I jak ważna jest rola 'towarzysza podróży'. W przyszłości dotrze do mnie, że wbrew pozorom, moja inicjacja późniejsza była znacznie ważniejsza od ceremonii wstępnej tych, którzy dziś wieczorem będą pili napój. Naczynie krąży wśród zebranych. Napój piją dwie Peruwianki. I Andrzej. A po nim jeszcze kilka osób. Jest ciemnawo. I nie widzę, kto siedzi nieco dalej. Szaman zakłada koronę z piór. Macza kadzidło z liści palmy w przygotowanym płynie. I potrząsa nim w kierunku uczestników. Kilka kropli spada na moje ciało. Dociera do mnie, że symbol kropienia świętą wodą lub innymi płynami funkcjonuje w większości religii. Od katolickiej po pogańskie zwyczaje. Również picie napoju rytualnego to pojednanie się z energią Boga, niezależnie od religii, wyznania, wierzeń. Niesamowite, że cząstkę znanego nam w Polsce rytuału, można odnaleźć nawet w dalekiej dżungli amazońskiej. Na całym świecie ludzie dążą do dotknięcia tego, co święte, niezwykłe, uduchowione. Picie wina, zmieszanego z wodą, poprzez symbolikę krwi Chrystusa to pojednanie się z mocą Najwyższego. W hinduizmie, obmywanie ciała wodą postrzegane jest jako religijne oczyszczanie duszy i ciała ze złych mocy. Okadzanie dymem stosowane jest zarówno przez ludy indiańskie, jak i w obrządkach wiary katolickiej. Na całym świecie jesteśmy tak różni, a jednocześnie tacy sami... Zaczyna się ceremonia. Szaman zaczyna... gwizdać. Po chwili gwizd przechodzi w śpiew. Dziwny, trochę rytmiczny, ale nie mający nic wspólnego ze znanymi gatunkami muzyki: bluesem, jazzem, popem. Śpiew staje się coraz głośniejszy. I coraz wyraźniejszy. Spiew szamana to ikaros. Ikaros moga uczyc tylko duchy drzew-"drzew nauczycieli". Duchy drzew slyszac ta znana sobie melodie , przybywaja aby pomagac. Wiktor, ktory ma problemy z nalogiem narkotykowym, rozpoczyna podróż. Podnosi ręce do góry. I zaczyna mówić. Po polsku! -Jestem wolny, jestem wolny, dziękuję, dziękuję! Ktoś płacze. Szaman nie przerywa śpiewu. Wstaje. I podchodzi do mnie. Andrzej tłumaczy z hiszpańskiego. Szaman mówi: -Duch Drzew każe mi dać ci energię mocy. Fernando pali jakieś zioła. Dymem dmucha w moje czoło. Następnie wraca na swoje miejsce. Śpiew staje się bardziej delikatny. Przechodzi jakby w szloch. Wiem, że jest to jego uzdrowicielska pieśń mocy. Szaman zakłada opaskę z kamieni. Odbija się w nich światło. Daje kolorową poświatę. Andrzej uczy się tajników szamanizmu. Jest to jego 64. ceremonia. Chyba ma już praktykę - zaczyna śpiewać cicho piosenkę. Swoją. Jest inna od pieśni szamana Fernando Rodrigueza. Przygotowując mnie do spotkania z szamanami, Andrzej wyjaśniał: -Nie wiem, ile muszę odbyć seansów, bo każdy z nas w innym tempie dochodzi do końca podróży. Może będzie ich sto albo dwieście. Nieważne! Najważniejsze, żeby ciągle iść. Pytam, czy ayahuasca nie zaszkodzi. Przecież to środek, powodujący wizje, uważany za halucynogenny. Nie chcę wpaść w nałóg! Andrzej śmieje się: -To jest właśnie niesamowite w tym wszystkim! Niezależnie od tego, ile przejdziesz ceremonii, nigdy nie zagrozi ci uzależnienie. Na drugi dzień nie ma bólu głowy, kaca, łaknienia, potrzeby sięgnięcia po więcej. Wręcz przeciwnie! Ayahuasca pozwala pozbyć się wszelkich uzależnień. Od tytoniu, alkoholu, narkotyków. W tym - najcięższych. A nawet od złych energii, myśli, czynów. W pewnym momencie słyszę, że ktoś wymiotuje. Andrzej uspokaja mnie jednak: są to wymioty złą energią, a nie fizyczne. Typowy przejaw podróży... Mija czas. Asystuję podróżującym. Jestem jednak coraz bardziej zmęczony. Kładę się na materacu. Przykrywam kocem. Świeczka daje rninimalne światło. W półmroku widać zarysy medytujących. Jutro zapytam ich, co w tym czasie czuli i widzieli. Płomień świeczki zaczyna się dziwnie kołysać. Jest coraz większy. Coraz bardziej kolorowy. Wyraźnie widzę wielobarwne fale. Przelewają się i unoszą w różnych kierunkach. Dominuje kolor niebieski, fiolet i czerwień, widocznie i mnie zaczynają udzielać się nastroje podróży. A przecież nie piłem plynu ayahuasca. Pewnie kadzidła, autosugestia, cały ten klimat niesamowitości... Patrzę po obecnych. Upewniam się, czy widzą to, co ja. Wszyscy siedzą i mają jednak zamknięte oczy. W blasku kolorowej poświaty świeczki widzę szamana. Uśmiecha się do mnie. Jest cały w dziwnym ogniu. Płomień świeczki robi się większy. I jeszcze bardziej kolorowy. Może to Duch Ognia daje mi znaki? A może to już sen? Rano budzą mnie rozmowy osób uczestniczących we wczorajszej, duchowej biesiadzie. Szaman objaśnia zjawiska które widzieli poszczególni podróżnicy. Odpowiadali i na pytania. Wiktor opowiada, jak biegł, wolny i szczęśliwy, przez fioletową łąkę, która była na pewno łąką energetyczną. A następnie jakby wbiegł do swego energetycznego ciała, w którym widział szary i brązowy kolor. Szaman tłumaczy: Wiktor, mający problemy z narkotykami, musi 'zmienić energetyczny kolor swego ciała na kolor łąki'. Narkotyki mają kolor energetyczny szary i ciemnobrązowy. To one zmieniły energetyczny kolor komórek ciała Wiktora. A tym samym - energetyczny kolor całego organizmu. Szamana czeka wiele pracy nad energią Wiktora. Muszą odbyć razem wiele ceremonii. Może to trwać jeszcze nawet kilka miesięcy. Ciekawa wypowiedź. Już kiedyś czytałem na temat innego wymiaru. I 'wejścia' do swego ciała energetycznego. Opisywał to m. in. Maciej Kuczyński w artykule pt. 'Córka świętych dzieci'. 'W 1968 roku - pisze Kuczyński - brałem udział w wyprawie do najgłębszej jaskimi Ameryki Północnej. Jaskini, znajdującej się w meksykańskim masywie Sierra Mazateca. Pewnego dnia jeden z moich przyjaciół - Enrique Hernandez Assemat, bardzo zle się poczuł. Jego stan, z godziny na godzinę się pogarszał. A w okolicy nie było lekarza. Zawiozłem go więc do chaty słynnej indiańskiej uzdrowicielki i szamanki Marii Sabiny. Szamanka rozpoznała u chorego ciężkie zapalenie płuc. I zaraz przystąpiła do 'veledy', czyli trwającego całą noc rytuału. Główna rołę odgrywały w nim 'ninos santos' - grzybki halucynogenne, pieszczotliwie nazwane przez Indiankę 'świętymi dziećmi'. Choć trudno w to uwierzyć, Enriąue już następnego dnia był w całkiem dobrej formie. A gdy zupełnie wyzdrowiał, tak mi opisał wizje, jakich doznał w leczniczym transie: 'Ujrzałem własne płuca, ich tkanki rozognione gorączką i pulsujące z wysiłkiem naczynia krwionośne. Sam stałem się płucami i nic już nie istniało. Płonąłem, boleśnie wchłaniałem tlen i umierałem w płomieniach. Byłem masą obolałego, palącego ciała w agonii i nagle dzieje się ze mną coś dziwnego. Czuję powiew energii, która gasi płomień, usuwa ból i powoduje, że moje naczynia krwionośne pulsują normalnie. Widziałem, jak ktoś się do mnie uśmiecha, ktos przyjazny. Energia. Duchy. Czułem się zdrowy. Wtedy, podczas velady, nie tylko Enriąue przeżył coś niezwykłego. Również ja odkryłem dla siebie istnienie innego wymiaru, tej tajemniczej rzeczywistości, do której podróżują szamani. Wkrótce okazało się, że spotkanie z szamanką-uzdrowicielką stało się punktem zwrotnym w życiu każdego z nas. Mój meksykański przyjaciel podjął w swoim kraju badania nad indiańskimi metodami leczenia, zwieńczonymi pracą doktorską, zatytułowaną "Szamanizm i halucynogeny w Sierra Mazateca". Ja zaś ruszyłem w świat, aby pogłębić swoją wiedzę w krainie ducha. Takie same opisy, takie same interpretacje w różnych częściach świata. Peruwianka, uczestnicząca we wczorajszej ceremonii miała w ostatnim czasie wiele myśli samobójczych. Była w głębokiej depresji. Nie wychodziła z domu. Nie chciała z nikim rozmawiać. Nawet z przyjaciółmi i bliską rodziną. Po kilku ceremoniach szamanistycznych jest inną osobą. A wczoraj, podczas wieczoru z szamanem zrozumiała sens istnienia. I doświadczyła cudu przejścia z jednej energii w drugą. Wie, że dookoła jej osoby istnieją różne bardzo przyjazne energie, których normalnie nie widzimy. Energia drzew i przyjazna osoba działały bardzo intensywnie nad zmianą jej energii. Celem ceremonii było usunięcie "szarej, negatywnej energii" z jej umysłu. I to się udało. Dlatego kobieta była dzisiaj taka rozpromieniona i uśmiechnięta. Zaczynam zastanawiać się nad fenomenem energetycznym i mistycznej ceremonii szamanów. Kojarzę różne fakty, przypominam sobie różne zdarzenia. W tym - z dalekiego obecnie kraju. I nagle, dopada mnie - z pozoru niedorzeczne - pytanie: czy w szpitalu w Bydgoszczy też odbyła się ceremonia szamanistyczna? Przypominam sobie strzępy faktów. Były wśród nich jakieś elektrody na depresję. Po wszczepieniu elektrod i działaniu odpowiednią energią, ustąpiły myśli samobójcze. A chory zaczyna znowu spotykać się i rozmawiać z ludźmi. Po sprawdzeniu faktów, wyłania się cały obraz zdarzenia. W Bydgoszczy zastosowano pionierską metodę leczenia depresji. W połowie września 2009 roku Janowi wszczepiono stymulator, który pobudza wydzielanie w organizmie serotoniny (hormonu odgrywającego ważną rolę w regulowaniu nastroju i snu). To byl trzygodzinny zabieg przy znieczuleniu ogólnym. Jan ma 51 lat. -Gdy się obudziłem, poczułem ulgę. Po trzech dniach wróciłem do domu jako zupełnie inny człowiek. Miałem ochotę rozmawiać z sąsiadami, odwiedzić córkę. Wcześniej nie chciało mi się nawet wychodzić z pokoju - mówi mężczyzna. Jan, zamiast 15 tabletek, bierze teraz 7. I twierdzi, że nie boi się nawrotu choroby. Jednak lekarze są ostrożni. -Obawiam się nadmiernego entuzjazmu, bo na podstawie dwóch pacjentów nie można jeszcze oceniać metody leczenia. W USA jest ona uznana za skuteczną, ale tam żyją setki osób ze wszczepionymi stymulatorami. U nas, w Polsce, to wciąż pionierskie zabiegi. Jeden pacjent reaguje lepiej, inny gorzej - to o niczym nie przesądza - podkreśla prof. Harat. Co za podobieństwo w leczeniu tej samej choroby! Skąd się bierze? Ano człowiek jest energią. A tylko odpowiednią energią zewnętrzną można uleczyć energię wewnętrzną człowieka.